Skip to content

Mieć czy być?

Otagowano jako: Obserwacje

Miałam okazję w zeszłym tygodniu uczestniczyć w ostatnim pożegnaniu najstarszej parafianki w mej rodzimej parafii. Tak się składa, że ów parafianka to moja ciotka, którą babcią nazywałam, bo w momencie, gdy ja się urodziłam, ona już miała sześćdziesiąt lat. A dane jej było przeżyć lat dziewięćdziesiąt cztery. Wszystkim nam życzę dożyć tak sędziwego wieku.

Pogrzeb kojarzy nam się ze smutną uroczystościom. Uczestniczyłam w miejskich lub świeckich pogrzebach, gdzie trumny nie ma w kościele, więc miałam wrażenie, że to zwykła msza. Z kolei przez korki nie raz nie zdążyłam na cmentarz, gdzie poinformowano mnie, że to przecież tylko kilka modlitw i smutna melodyjka. Cóż…

W ostatnią środę byłam na wzniosłym pogrzebie. Oczywiście, jeśli uroczystości żałobne mogą być określone mianem piękna? Znalazłam się w małej społeczności, gdzie każdy każdego zna. Mało tego, w której ja sama uczyłam się pierwszych kroków i wkraczałam w dorosłość. W sumie ja też ich znam, oni mnie również, tylko po piętnastu latach od wyprowadzki z tamtych stron ja na wszystko spojrzałam inaczej.

Jednak do tematu, dlaczego pogrzeb był piękny? Bo były w nim zachowane tradycje, które moim zdaniem scalają społeczność. Przed mszą żałobną była otwarta trumna, a żałobnicy odmawiali różaniec. Różaniec był odmawiany w każdy wieczór przed pogrzebem w świetlicy wiejskiej. W takich modlitwach uczestniczą wszyscy bliscy zmarłej osoby. Kilkanaście lat temu tego typu modlitwy odbywały się w domu zmarłego. Natomiast kilkadziesiąt lat wstecz w domu przy zwłokach. Po zatrzymaniu zegara i zasłonięciu zwierciadła gromadzili się bliscy i znajomi, głównie ludzie starsi, którzy chcieli modlitwą pożegnać zmarłego. Obowiązywał domowników ciemny strój, nie prowadzono głośnych rozmów, wstrzymywano wszystkie prace w gospodarstwie, z wyjątkiem obrządku bydła. W noc dzielącą dzień śmierci od dnia pogrzebu następowało czuwanie ( tzw. “pusta noc”) przy trumnie i śpiewanie żałobnych pieśni Pierwszą opcję pamiętam doskonale, drugiej nie, więc sądzę, że pewnie od około 30 lat nieboszczyk jest przewożony do domu pogrzebowego.

Msza pogrzebowa miała ten sam schemat co pewnie inne msze. Jednak w wiejskiej parafii proboszcz osobiście znał zmarłego, zna jego rodzinę. Ba jest nawet pewien rytuał, jak powinno się zajmować miejsca w kościele, w głównej nawie rodzina w odpowiedniej hierarchii (najbliżsi, mniej bliscy, dalsza rodzina), natomiast boczne nawy zajmują przyjaciele i znajomi. Tak pięknego kazania dawno nie słyszałam, myślę sobie, że celebryci kościoła katolickiego na czele z Adamem Szustakiem mogą się schować. Treść homilii była o zmarłym, takim, jakim on był za życia. W części też była skierowana do żałobników, co pewnie pomoże im przeżyć ten trudny czas. Aż brak mi słów, by opisać jego głębię. Padło w nim pytanie egzystencjonalne „Co po sobie zostawimy?”. Do niego jeszcze wrócę. Po mszy pogrzebowej formułuje się kondukt żałobny. Na czele pochodu ktoś z rodziny niósł krzyż, potem chorągiew żałobna była niesiona przez matki z koła różańcowego, kolejno było miejsce dla delegacji, księdza z ministrantem, trumny ze zmarłą (wieziona przez samochód pogrzebowy), rodziny, bliskich i znajomych. W ostatniej drodze zmarłej towarzyszył dźwięk dzwonów kościelnych. Nad mogiłą ksiądz odprawił modlitwy i wygłosił krótkie, pożegnalne przemówienie. Uderzyło mnie jeszcze oswajanie dzieci z uroczystością pogrzebową. Z jaką prostą ciekawością zaglądały do pustej dziury. Spoglądały, jak opuszczana jest trumna. Dla mnie jest w tym pewien symbolizm, którego w tej chwili nie mogę ująć słowami. Symbolizm i oswajanie z tradycją, która moim zdaniem jest fundamentem naszego życia.

Co pozostawię po sobie?

To pytanie od kilku dni chodzi mi po głowie. Nie jest mi obce, ale w tym małym wiejskim kościele uderzyło mnie ze zdwojoną siłą. Pewnie dlatego, że w tej społeczności obrządek pogrzebowy nie uległ uproszczeniu, komercjalizacji. A zachował wiele tradycyjnych elementów. Zmarła, u której byłam, na pogrzebie pozostawiła sześcioro dzieci, dwadzieścia pięcioro wnucząt, dwadzieścia prawnuków. Pozostawiła tłum ludzi, przekazała im swoje wartości, nauczyła modlitw, pewnie też wielu praktycznych rzeczy. Oprócz dóbr materialnych przekazała im też treści bezcenne.

Jeśli jestem singielką po trzydziestce, to pewnie nie pozostawię już po sobie szóstki dzieci.. Może nawet nigdy nie będę miała jednego. Jeśli spłacę kredyt mieszkaniowy, to pozostawię po sobie kilkadziesiąt metrów kwadratowych. Tylko komu? I czy rzeczywiście tylko chodzi o dobra materialne? Czy udało mi się w kimś pozostawić, drugiemu człowiekowi, chociaż małą iskierkę, która swoim światłem oświetliła zły czas? Smutne dni? Przecież w życiu chodzi o coś więcej niż złotówki, czy inne przeliczniki. Można posiadać miliardy na koncie, a być bardzo biednym człowiekiem. Niby utarty frazes, ale czyż nieprawdziwy? Mój znajomy chce dużo, ale to dużo pieniędzy. Pewnie będzie je miał. Jednak na co mu one w trumnie? Zostawi dla potomności, oby tylko je doceniła. Z kolei inny całe życie zbierał, grosz do grosza a teraz nie ma pomysłu, na co je wydać. Gdzieś w tej chytrej drodze zgubił swój cel.. Zatem co nim jest? Gdzieś w małym punkcie świata, w zwykłym wiejskim kościele, w momencie zupełnie zwyczajnym złapały mnie rozterki. Gdzie biegniemy, co w tym biegu dajemy innym oraz jaka będzie meta?

Na koniec powtórzę za Erichem Fromm, a potem Arturem Rojkiem to „mieć czy być”? Niby tak prosta odpowiedź, a zarazem tak trudna do realizacji. Może dlatego, że jesteśmy tylko ludźmi, istotami tak pięknymi i niedoskonałymi zarazem.

Unlimited WordPress Theme by Compete Themes