Wspólny wróg

Wracałam dzisiaj z pracy, szczęśliwym biało czerwonym – pociągiem. Wszyscy byli uśmiechnięci, ubrani w biało – czerwone koszulki z napisem Polska. Większość jechała do stref kibica, spotkać się z przyjaciółmi, aby dopingować „Orły Nawałki”. Zawsze w takiej sytuacji znajdzie się jakiś przywódca podżegający (dopingujący?) resztę. Wtem zaczęło się, wesoły czterdziestolatek z czerwoną gębą zaczął od słów „Kto wygra mecz? – Polska”, potem padło kilka niewybrednych komentarzy na temat koloru skóry naszych dzisiejszych przeciwników. Nie przetoczę, bo rasistką nie jestem. Nie obrażam nikogo ze względu na kolor skóry. Obrażam, tylko ze względu na skrajną głupotę (oczywiście w mojej ocenie jest to skrajna głupota, w oczach innych może nie koniecznie). Serce zaczęło mi się radować, gdy z kąta odezwała się najzwyklejsza w świecie dziewczyna, że może Pana Obrażacza zawodników Senegalu wyprowadzić z wagonu. Ku jeszcze większemu mojemu zaskoczeniu tłum poparł dziewczę! Padały hasła „Jak Pan może?”, „Gdzie duch sportu” itp. Wszyscy stali się jedną drużyną przeciw intruzowi. Zwyciężył duch sportu? Chyba tak, ale przy okazji powstało społeczeństwo, taka wspólnota pierwotna, czasem formułuje się spontanicznie.

Ludzie to dziwne społeczeństwo. Jakże czasami odmienne od zwierząt. W porównaniu z surykatkami wypadamy blado. Surykatki mają silnie rozwinięty instynkt socjalny. Żyją stadnie, troszczą się o siebie nawzajem, uczą młode podstaw życia. My ludzie też niby to robimy, tylko czasem nam nie wychodzi. Czasem jest nieudolnie, tak na opak. Bo zamiast troszczyć się o siebie, to podkładamy, sobie kolokwialnie mówiąc świnię. Rywalizujemy, obgadujemy się potajemnie, zazdrościmy, zdradzamy. Jednak w pewnych sytuacjach potrafimy się zjednoczyć. Historia posiada wiele przykładów. Jednak ja nie będę pisać o Stoczni Gdańskiej, z której wywodzi się Solidarność, bo wtedy pewnie nawet planów mojego pojawienia się na świecie nie było. Tym samym wojnę również pominę.

Jednoczyliśmy się jako społeczeństwo, gdy zmarł Papież Polak. Do dziś pamiętam obietnice składane przez kiboli. Zjednoczyliśmy się po katastrofie Smoleńskiej. Moje miasto wtedy popadło w zatrważającą ciszę. Tak byliśmy razem, ale na tzw. pięć minut. Bo czy ostatnio kibole Lecha i Legii pamiętali, że kiedyś obiecywali pojednanie? Mało tego sami kibice twierdzą, że do żadnego pojednania nikogo z nikim nie doszło. To tylko wymysł i twór mediów. Co zostało po żałobie narodowej w związku ze śmiercią przedstawicieli rządu? Ci po jednej mówią, że to zamach. Ci po drugiej mówią, że katastrofa. Sami wiecie, którzy są po której. Szybko zapomnieliśmy o obietnicach, górnolotnych ideałach. I co? Człowiek człowiekowi człowiekiem? Jak blisko do motta z „Medialionów”. Aaaa! Tylko proszę mi w komentarzach nie pisać, że zjednoczyliśmy się w obronie Trybunału Konstytucyjnego, bo to było jednoczenie jednych przeciw drugim, a niby wszyscy tacy sami. Tak szybko, jak woda zawrzała, tak szybko się w tym kotle wygotowało.

Wiecie co, jakby to nie było, myślę sobie, że sport nas jednoczy. Mamy Mundial 2018. I nikt mi nie powie, że się nie łączymy się, aby kibicować naszej drużynie. Nawet ja oglądam mecze, choć przyznam się, jestem kobietą, która nie ma zielonego pojęcia co to spalony. Nie przyznaję się do tego. Przynajmniej nie mówię, tego głośno. Tu piszę. Nawet Ci, co niby nie kibicują, to zerkają na wynik. Co kilka lat jednoczy nas piłka. Z tego wniosek potrafimy się zjednoczyć, gdy mamy wspólnego wroga. Bo w Polskich strefach kibica pewnie zasiedli lewicowcy, prawicowcy, niezależni, niepełnosprawni, homeseksuliści, obrońcy życia poczętego, zwolennicy aborcji, kobiety, mężczyźni, dzieci, ludzie z różnych klas społecznych, różnych wyznań, zawodów i etc. Wszystkich jednoczył jeden cel kibicowanie piłkarzom. Każdy z nich widział, jak nasi chłopcy, wchodząc, na murawę czynią znak krzyża. Po meczu oglądaliśmy wywiad ze zdenerwowanymi, rozczarowanymi ludźmi, którzy wiedzieli, że tysiące oczu oczekuje od nich wygranej. Czy tylko mnie się wydawało, że Pazdan płakał?

Jaki z tego wniosek? Co najszybciej łączy ludzi? Nie miłość, nie przyjaźń, nie kredyt mieszkaniowy, nie dzieci. A wspólny wróg! Można to zaobserwować na małą skalę wśród dzieciaków w szkole. Zawsze się znajdzie klasowa oferma, która nie koniecznie jest ofermą. To reszta chce widzieć w tym dzieciaku klasowego błazna. W szkole, w pracy, na podwórku zawsze znajdzie się, ktoś, kogo można nie lubić grupowo. Czasem się zdarza nawet tak kuriozalna sytuacja, że dwie byłe żony potrafią się zmówić przeciw byłemu ukochanemu. A kiedyś się nienawidziły. Puenta? Jak pisze powyżej. Jak pokazuje historia. Wspólny wróg jednoczy.