Skip to content

W pogoni za miłością

Otagowano jako: Inspiracje, Obserwacje, i Relacje

Drogi Czytelniku, czy wiesz, czym jest miłość? Jeśli tak, proszę, podaj mi jej definicję, bo ja się trochę pogubiłam. Co innego sobie wyobrażałam. Zupełnie inaczej życie pokazuje. Myślę, że sprecyzowanie definicji miłości nie jest wcale takie proste. Bardzo rzadko można spotkać kogoś, kto powie, że przeżył prawdziwą miłość. Prawie wcale nie ma ludzi, którzy twierdzą, że przeżywają ją nieustannie. Częściej twierdzimy, że kiedyś przeżyliśmy prawdziwą miłość, jednak coś ją zniszczyło, teraz już jest tylko wspomnieniem. Czy po trzydziestce można jeszcze liczyć na miłość? Czy współczesne single jeszcze w nią wierzą? Czasem mam wrażenie, że nie. Przypada tak mało mężczyzn w stosunku do samotnych kobiet, że gdy upolujemy samca, od razu postanawiamy się instalować w jego mieszkaniu. Ewentualnie ciągniemy zdobycz niczym trofeum przed oblicze urzędnika. Nierzadko również Boga, bo przecież w naszym pięknym kraju w grzechu nie wypada żyć. Gdzie jest w tym całym szaleństwie miłość? Bo przepraszam, chyba nie zauważyłam. A okulista mówił, że ze wzrokiem u mnie wszystko w porządku.

Filmy mi pokazały, że miłość to romantyczne uniesienie, poryw serca. Począwszy, od „Zbuntowanego Anioła” poprzez „Pretty Women” kończąc na „Pamiętniku”. Wszystko można podsumować jednym zdaniem. Spojrzeli na siebie, potem żyli długo i szczęśliwie. Zacnie. W realnym świecie po namiętnym spojrzeniu para żyje szczęśliwie do pierwszego stosunku, no ewentualnie kilku pierwszych. Filmy ze względu na ich ograniczony czas emisji pokazują nam miłość erotyczną, która pojawia się wraz z zakodowanym genetycznie instynktem zachowania gatunku. Brutalna rzeczywistość. Jesteśmy tak skonstruowani, aby się rozmnażać, są to pierwotne instynkty, silniejsze od nas. Tylko nasza inteligencja nas ratuje przed rozmnażaniem się jak króliczki. Jeśli nie ratuje, to w pociechę rząd dał „skromną kwotkę” pięciuset złotych.

Pięknie jest wtedy, gdy stan miłości, podniecenia, pragnienia stopnia się z drugą osobą trwa nieustanie. Gorzej, gdy spada na nas nagle i tak samo szybko odchodzi.

Reasumując, nie ma się co dziwić, że nie udało się stworzyć związku z mężczyzną poznanym podczas szalonych pląsów w rytm latynoskiej muzyki podczas upalnej sierpniowej nocy. To tylko popędy, całkiem przyjemne swoją drogą.

Obserwacje dzisiejszego świata uświadomiły mi, że jest też miłość patologiczna. Można się uzależnić od drugiej osoby. Kiedyś pisałam o mężczyznach, którzy potrafią się przyssać niczym jemioła. Kobiety z kolei oplatają niczym bluszcz. Zagłaskać kotka na śmierć, jest łatwo, poprzez zapewnienia, że nie mogą bez siebie żyć. To nie jest miłość. To jest brak umiejętności samodzielnego funkcjonowania. Takie pary mają niskie poczucie własnej wartości, chcą czerpać od drugiej osoby, tym samym wysysają z siebie energię życiową. Nikt nie jest szczęśliwy. Później tylko żal i łzy.

Nie dawno jeden z bywalców tej strony zapytał mnie, co myślę o kobietach które tworzą związki z mężczyznami osadzonymi w Zakładach Karnych. Kilka lat temu w Polsce była głośna sprawa Vanessy córki śląskiego biznesmena. Młode dziewczę koniecznie chciało zawrzeć szczęśliwy związek małżeński ze starszym Panem odsiadującym wyrok za pobicia i haracze. Panienka wychodziła przepustkę dla lubego. Związek zawarli, po czym Pan Młody wrócił za kraty. Młoda żona do domu. Miłość? Cholera jasna, kto tam ich wie… Mam nadzieję, że są szczęśliwi. Dlaczego kobiety decydują się na taki układ? Naukowcy w swoich badaniach stwierdzili, że odpowiedzialny jest za to wszystko testosteron, którego niby Panowie za kratami mają więcej. Samce winne jak zwykle, wabią samicę. Sprawa tak naprawdę jest szalenie skomplikowana, rozwiązać ją może dobra terapia przy sprzyjających okolicznościach, czyli dużych pokładach energii terapeuty i pacjenta. Moją pierwszą myślą natomiast było, że w nudnej więziennej egzystencji, każdy list oraz paczka to doskonała rozrywka. Resztę sobie dostukajcie sami.

Pisząc o patologicznej miłości, nie mogę zapomnieć o „miłości do mamony”, która nigdy nie występuje samodzielnie, zawsze ktoś jest jej właścicielem. Moja znajoma ostatnio szczęśliwie się zakochała. Gratulacje! Poprosiłam ją, aby zdradziła mi, czym uwiódł ją nowy parter. Odpowiedź brzmiała „ma cztery mieszkania”. Komentarz zbędny. Ja leżę pokonana na podłodze.

Bajki dały mi pojęcie o romantycznej miłości. Wszystkie bajkowe postacie natrafiły na swoją wymarzony ideał „od pierwszego wejrzenia”. Cudnie. Tylko co dalej? Bajka też krótkometrażowa, a niektórzy z nas zaczynają budować na tej podstawie obraz wspólnego życia. Oczywiście w tym podejściu jest mały brutalny diabełek, a mianowicie stan zakochania się pozbawia ludzi zdolności prawidłowej oceny rzeczywistości. Przestajemy widzieć, słyszeć, myśleć. Wierzymy tylko w wyidealizowany obraz drugiej osoby, który sami wytworzyliśmy. Zakochany ocenia selektywnie – dostrzega tylko atrybuty, potrzebne do zrealizowania swojej wizji.

Romantyczny ideał to iskierka, jeśli jednak parze uda się swoją ciężką pracą rozniecić z niej ogień. To z tej mąki może być chleb, który wykarmi kolejne pokolenia. Ja zawsze mówię, że w bajkach dla dzieci jest dużo prawdy.

W książce Ewy Woydyłło kiedyś przeczytałam, że „miłość jest wolą wyjścia poza cel własnego dbania o siebie; jest to dzielenie się sobą; nastawione na duchowy rozwój drugiej osoby”. Piękne. Wzniosłe. Jednak czy w dobie konsumpcjonizmu, gdy mężczyźni na randkach pytają mnie, ile zarabiam oraz czy mam własne mieszkanie, jest to jeszcze możliwe?