Skip to content

Szybkie randki

Otagowano jako: Obserwacje

Naukowcy stwierdzili, że wystarczy tylko 30 sekund spotkania z drugą osobą, by stwierdzić, że jest to kandydat na życiowego partnera. Uważam, że to totalna bzdura. W trzydzieści sekund mam wybrać mężczyznę życia? O przepraszam, żadnego życia, teraz ludzie wybierają się na kilka lat. Wybranie kiecki do teatru (tak, chodzę do teatru, oglądam więcej niż produkcje Marvela) zajmuje mi kilka godzin. Facet w 30 sekund? Szczerze wątpię. Jednak jestem kobietą, która zawsze jest głodna, nowych doświadczeń dlatego udałam się na „Speed dating”. Co to takiego zaraz Wam ładnie wytłumaczę.

Teoretycznie „Speed dating” to proces randkowy, który polega na poznawaniu nowych ludzi w krótkim przedziale czasowym. Co 5-7 minut mężczyźni i kobiety wymieniają się między sobą, żeby porozmawiać. Na końcu wszystkich spotkań uczestnicy oddają kartki, na których zapisane są, sugestie z kim chcieliby utrzymać dłuższy kontakt. Jeśli uczestnicy wpisali siebie nawzajem, wtedy organizator przekazuje dane kontaktowe.

Oczywiście moda na takie spotkania przybyła do nas ze Stanu Zjednoczonych, bo my lubimy to, co amerykańskie (a później dupa rośnie od coca-coli i Big Maca). Rozpropagowana była w filmie „Seks w wielkim mieście”. Miranda jedna z głównych bohaterek uczestniczyła w spotkaniu, kłamiąc, że jest stewardesą, a nie wziętą prawniczką. Spowodowało to splot zabawnych wydarzeń, takich, które lubię. Dlatego zdecydowałam, idę! Komu w drogę temu trampki albo rolki lub przystojnego kierowcę.

Udałam się do lokalu, raczej z wyższej niż niższej półki. Dodam, że bywam w nim często, bo mają lemoniadę z napisem „SUCCESS IS THE ONLY OPTION”, napój stworzony dla mnie. Spotkanie odbywało się w ustronnej sali. Zadbano o dyskrecję i anonimowość. Dostałam plakietkę z imieniem oraz numerem stolika, przy którym miałam spędzić najbliższe półtorej godziny w towarzystwie miłych mężczyzn.

Kogo tam spotkałam? Taka forma randkowania to trochę kupowanie kota w worku. Jednak kto nie ryzykuje, szampana nie pije. Nigdy nie wiadomo, na kogo można trafić. W spotkaniu brało udział 10 mężczyzn i 10 kobiet. Przekroju wiekowym 33-45 lat. Jakie przyszły kobiety, nie mam pojęcia, bo nie koncertowałam się na konkurencji. Przecież to ja jestem gwiazdą. Jeśli chodzi o mężczyzn, to pełen wachlarz, począwszy od bogobojnego misiaczka, poprzez kierowcę, kończąc na przebiegłym mecenasie. Niby przeciętny przekrój, ale raczej codziennie tych nadmiernie wierzących nie spotykam.

O czym się rozmawia? O wszystkim i o niczym, a najczęściej o dupie Maryni. Standardowo czym się zajmujesz? Jakie są Twoje wartości? Chcesz mieć dzieci? Co robisz w sylwestra? Co robisz w wolnym czasie? Ktoś mi opowiedział, że chodzi na siłownie, ale swoim bystrym okiem nie zauważyłam ani grama mięśnia. Inny chciał mnie zabrać do kościoła, bo proboszcz ładnie o miłości mówi. Ktoś lubił teatr, chociaż nie potrafił wymienić tytułu żadnej sztuki. Może to nerwy? Nie wiem. Siedem minut to może być bardzo dużo lub mało. Wszystko zależy od Ciebie.

Z tego drogie dzieci morał jest następujący, nieważne jak zaczynasz rozmowę, ważne, by w ogóle zagadać. Przy przychylności drugiej strony wszystko się dobrze potoczy. Szybkie randki są świetną alternatywą dla osób nieśmiałych, mających problemy w nawiązaniu kontaktu. Tu warunki są wyśmienite, wszyscy jadą na tym samym wózku. Jeśli tylko organizator zapewni, odpowiednie warunki będzie ekstra.

Z tego całego galimatiasu zaznaczyłam 5 panów na tak. W żadnym nie zakochałam się, podczas krótkiej rozmowy. Nawet mi się specjalnie nie podobali, ale jak pisałam wyżej, zawsze daje sobie szanę. Nie wierzę, że partnera wybiorę w tak krótkim czasie. Naukowcy niech piszą, co chcą, w 30 sekund nie zbuduje trwałej więzi. Potrzebne jest dużo czasu, by poznać drugiego człowieka, czasem życia nie starcza. Jak wynika z informacji zwrotnej, byłam kompatybilna z trzema mężczyznami. Jeden z nich od razu mi napisał, że wyśmienicie mu się ze mną rozmawiało, bo jestem śliczną filigranową blondynką. No niestety nie jestem, pudło! Po takim blamażu już się nie odezwał. Kolejnego ja zaczepiłam pierwsza, nie odpisał, więc gratuluję niskiej kultury osobistej, nasuwa mi się słowo statysta. Z trzecim planujemy wyjść na kolacje.

Warto? Nie warto? Koszt udziału w takiej imprezce wynosi ok. 30 zł. W porównaniu z butelką wina wypitą w samotności lub słodyczami zżartymi z samotności to w sumie żaden wydatek. Konkluzja nasuwa się sama. Zawsze to lepsza opcja niż siedzieć w domu z winem, czy słodyczami. Oczywiście można zanudzić się na śmierć, ale wszystko jest kwestią podejścia. Ja miałam totalny luz. Podeszłam do tego, jak do ciekawego eksperymentu socjologicznego, bardziej skupiając się na sobie. Kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu (jestem próżniaczkiem), że potrafię zainteresować sobą mężczyznę, mam nadzieję, że będę lepiej wybierać obiekty w przyszłości. Więc jeśli się jeszcze zastanawiasz czy iść, zdecydowanie zachęcam, nigdy nie wiesz, gdzie spotkasz miłość. Znam parę, która się w mięsnym poznała, innych wyswatały matki, ktoś kogoś w necie zaczepił itp. Jak nie poznasz, to poszerzysz grono znajomych. Ważne, by był ruch w interesie.

Czy w przyszłości się tam jeszcze pojawię? Nie wiem. Inny pomysł mi chodzi po głowie, ale o tym za nie długo.