Skip to content

Singielka Plus

Otagowano jako: Obserwacje

Całkiem nie dawno widziałam ciekawą scenkę rodzajową, mianowicie w pewnym sfeminizowanym środowisku pojawił się mężczyzna. Jego obecność wywołała wiele barwnych emocji, tym bardziej, że młody i przystojny. Wykonujący zawód cieszący się poważaniem społecznym. Mnie do gustu nie przypadł, bo gburków nie lubię. Nie wszyscy jednak podzielają moje zdanie w szczególności bystra trzydziestolatka, która od razu cyk – pyk z czarującym uśmiechem postanowiła koledze kawkę zaparzyć. Używając w tej grze wszystkich kobiecych sztuczek. Mam na myśli trzepotanie rzęsami itp. W pierwszej chwili uśmiechnęłam się, pomyślałam, że pewna siebie dziewczyna. Wie, czego chce, śmiało po to idzie. Jednak to chyba nie tak, bo to on powinien o nią zabiegać, a nie ona o niego. Chociaż może tak mi się tylko zdaje? W społeczeństwie samotnych serc, gdzie popyt przewyższa podaż, wszelkie chwyty dozwolone? Pachnie mi tu trochę desperacją.

Wychowałam się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nie miałam w dzieciństwie internetu, nie atakowała mnie golizna i wszechobecna seksualizacja. Wyrosłam w przekonaniu, że jak będę miłą dziewczynką, posiądę sztukę gotowania, sprzątania to na pewno poznam „jakiegoś” księcia z bajki. No właśnie „jakiegoś” wyznawcę patriarchatu, któremu urodzę gromadkę dzieci. Przy sprzyjających wiatrach przyniesie mi kwiatki raz do roku. Może będę miała tyle szczęścia, że nie będzie chodził codziennie z kolegami na piwo. Ja natomiast będę oglądać przygody „Zbuntowanego Anioła”, a przed snem marzyć o prawdziwym życiu, w którym nie będzie bylejakości. Minimalizm, w którym totalnie brakuje ambicji. Dobrze, że ciotka Antonina mi cichaczem przemycała Harlequiny. Nie jest to literatura wysokich lotów. Jednak pozwoliła kobietom marzyć. Ja na miłą dziewczynkę nie wyrosłam.

Ruszyły więc w świat. Młode ambitne atrakcyjne z przeświadczeniem, że leży on u ich stóp. Wiele moich koleżanek, w tym też ja ukończyłyśmy studia, mniej lub bardziej wymagające. Mamy dobrą pracę, samochody, mieszkania, prowadzimy własne interesy. Wyjeżdżamy w ciekawe miejsca, podziwiamy piękno świata. Realizujemy swoje pasje. Uczestniczymy w życiu kulturalnym miasta. Inwestujemy w siebie. Jesteśmy zadowolone, jesteśmy z siebie dumne. I co z tego? Zawsze znajdzie się jakiś okropny ludek, który powie, że „hola-hola nie jesteś taka zajebista, bo chłopa u boku nie masz”. Niby nie żyjemy w średniowieczu, niby świat jest nowoczesny, niby wszyscy tacy tolerancyjny. W moim mieście nawet wywieszają tęczowe flagi. Niby.

To dlaczego nadal wyznacznikiem statusu społecznego jest posiadanie rodziny? Trudniej docenić inteligencje, zaradność, pracowitość. Łatwiej ocenić. Życie w pojedynkę oznacza hańbę społeczną? To smutne. Tak naprawdę to wręcz słabe, drobnomieszczańskie. Charakteryzujące ludzi o wąskich horyzontach, którzy uważają, że wszyscy powinniśmy pasować do ogólnie przyjętych norm. Posiadanie męża i dzieci klasyfikuje w tej „odpowiedniej” normie przyjętej przez starych tetryków oraz ludzi z wąskimi rozumkami. Nie krytykuje w tej chwili osób, które mają szczęśliwa rodzinę. Ja im gratuluję! Krytykuje tylko tych, którzy nie rozumieją, że nie wszyscy muszą spełnić „odpowiedni” standard. Wszystkie stare ciotki, które pytają, kiedy w końcu przyprowadzisz do domu jakiegoś miłego chłopca. Pseudo życzliwe przyjaciółki, sąsiadki.

Pewien Minister Inwestycji i Rozwoju, który przy okazji omawiania inwestycji „Mieszkanie Plus” stwierdził, że single powinny być zobowiązane płacić  tzw. bykowe (podatek płacony przez osoby samotne, niezamężne, bezdzietne).  Mieszkanie Plus, 500+, Emerytura Plus. Dlaczego nikt nie pomyślał o „Singlach Plus”. Może muszę wystartować w kolejnych wyborach z własnym komitetem? Jesteś niezależny/a, samodzielny/a, pracujesz, odprowadzasz uczciwie podatki? To należy Ci się „Ekwiwalent Plus”. Na wakacje! W podzięce za ciężką pracę w gabinetach gdzie wiszą godła i krzyże. W jakiej kwocie ustalę z moim komitetem.

W Państwie, które nagradza odpowiedni model społeczny, nieaprobowany z kolei karci. W społeczeństwie, które cieszy się z każdych nowych narodzin. Wśród starych ciotek, które nawijają makaron na uszy. W momencie, gdy zegar biologiczny szaleje. Nie dziwię się koleżance z pierwszego akapitu, że na wyścigi ruszyła w podrywy. Bo to ważne spełniać normę społeczną.Phi! Tylko że w tym pędzie trudno się ustrzec przed bylejakością. Wtedy to trochę tak jak w popularnej rymowance, byle jak, byle co, byle było.