Skip to content

Najlepszy przyjaciel mężczyzny

Otagowano jako: Relacje

Jemioła bardzo ładnie wygląda na drzewach. Kuliste krzewy sprawiają wrażenie, że są ozdobą dla drzewa. No właśnie sprawiają wrażenie. Przecież jest to pół-pasożyt, który bynajmniej nie jest ozdobą dla drzewa. Żyje kosztem drugiej rośliny, nie potrzebuje gleby, wszystkie wartości odżywcze czerpie z ofiary. Pomimo to chętnie przynosimy jemiołę w okresie świątecznym do domu. Stanowi jedną z podstawowych ozdób, którą chętnie zawieszamy w mieszkaniu, szczególnie nad drzwiami. A pocałunek z ukochanym pod jemiołą ma przynieść szczęście na długie, długie lata. Czy na pewno? Spokojnie dziś nie będzie wpis przyrodniczy, biologiem nie jestem, choć maturę z tego przedmiotu na piątkę zdałam.

Wiesz co drogi czytelniku, bo faceci są czasem jak jemioła. Sama nie wiem, skąd mi się takie skojarzenia biorą. Czasem się sama zastanawiam, gdzie moje myśli szybują. Jednak czy nie mam racji? Przecież bardzo ładnie wyglądacie w domu na święta. Dobrze Was zabrać nawet w odwiedziny do rodziny. Całować się też można, do tego fajnie robić różne inne rzeczy, które sprawiają przyjemność. A Wy się prężycie, czarujecie i nic ponadto..

Właśnie wszystko zaczyna się od czarowania. Każda baba się na to łapie, choćby nie wiem, jaką zimną suką była, wcześnie czy później zaczyna się wciągać. Zależy to tylko od inwencji twórczej męskiego osobnika. Czarowanie to komplementy, kwiatki, czekoladki, czyli cud, miód i karmelki. Tylko uwaga karmelki  słodkie, a zęby można sobie na nich połamać. Każda z nas drogie przyjaciółki jest łasa na komplementy. Ja to w szczególności. W głębi duszy jestem bardzo próżna. O mały włos mnie to ostatnio zgubiło, ale bystre dziewczę jestem i szybko się opamiętałam.

Może na początku ustalmy, że pomimo zewnętrznej ogłady, czyli ładnego opakowania pasożyt jest beznadziejny. Czaruje, bo nic innego nie potrafi. Gra zaczyna się od tego, że zapewni nas tysiąc razy, jakie jesteśmy wspaniałe i przecudne. Dziewięćdziesiąt bab się na to łapię, pozostałe dziesięć procent to lesbijki lub chore psychicznie. Reszta się skusi, wcześniej czy później. Każda z nas co jakiś czas trafia na swojego pasożyta. Każda z nas jest łasa na komplementy, kwiatki, czekoladki. Wystarczy tylko dobrze rozpoznać zasady gry, każdy człowiek ma czuły punkt, w który godzi strzała pijanego amora (radzę punktu dobrze pilnować i nie okazywać za szybko!).

Jak nasz tytułowy bohater zaskarbi sobie uwagę, to niestety role się odwracają. To my drogie panie zaczynamy parzyć herbatki, gotowa obiadki, prać skarpetki, prasować koszulę (tego nie nienawidzę, prasuj sobie sam!) oraz aktówkę za nim nosić, żeby się Misio nie przemęczył, dźwigając cztery karteczki. Nagle niespostrzeżenie się do Ciebie wprowadzi. W skrajnej głupocie weźmiesz kredyt na spłatę jego długów albo rozkręcenie nowego złotego interesu, bo przecież Misio się męczy, pracując u kogoś, ma większe ambicje. Brzmi znajomo? Nie znam kobiety, która by się kiedyś nie wpakowała w podobny dziwny układ. Bo każda z nas ma swojego, nazwijmy go na potrzeby tego wpisu Tadeusza (nie znam żadnego Tadeusza, więc nie czuję się, abym kogoś obrażała).

A teraz wyjawię sekret, Tadeusze przeważnie mają małego penisa, nawet jak mają, normalnego to żyją w przeświadczeniu, że jest mały. Ba nawet jak mają naprawdę dużego to myślą, że małego! I potem zadają moje ulubione pytanie „Kochanie nie mam małego?”. Zawsze odpowiadam, że tak oczywiście jest ogromny, do migdałków mi sięga. Co Wy Ponowie macie z tym Waszym przyjacielem? To się nazywa „Kompleks małego penisa”? Ilu z Was go sobie mierzyło? Pewnie wszyscy! Ostatnio popełniłam wielką gafę, bo zażartowałam do pewnego mężczyzny, właśnie na temat penisa, a on jak się cały nastroszył, to myślałam, że aż żyłka mu w oku pęknie. Z jego penisa nie żartowałam, bo jeszcze nie widziałam, ale chciałabym zobaczyć. Negocjacje trwają. A tak całkiem poważnie to nigdy nie żartuję z penisów, którymi jestem aktualnie zainteresowana, albo tych, które bardzo dobrze wspominam. Jakieś zasady należy mieć.

Penis tematem tabu? Niby nikt nie rozmawia, ale wszyscy wymieniają uwagi. I zawsze mężczyźni szukają potwierdzenia, że to ich jestem ten największy. Napisano liczne opowieści o wielkim prąciu. Nie wierzysz? To może warto zajrzeć do opowieści Fanny Hill. Inne źródła podają, że „Herkules był obdarzony kutasem osiem i dwie dwunaste cala obwodu na trzynaście długości”, ktoś może mi to przełożyć na centymetry? Bo nie kumam, ale brzmi dobrze. O rekordach w tej dziedzinie napisano tomy.

A teraz historia z życia wzięta. Pisałam kiedyś pracę magisterską, obszerną na prawie trzysta stron, ale nie o penisach, bo wtedy wstydliwe dziewczę ze mnie było. Mój promotor, profesor z wszystkimi możliwymi literkami przed nazwiskiem miał hobby pt. „fallus”. Pewnego pięknego majowego upalnego dnia, gdy dotarłam na seminarium z wersją papierową mojego dzieła, Pan Profesor wyjął wielką księgę fallusów i wygłosił mi prywatny wykład na ten temat. Całe szczęście, że swojego nie pokazał, bo już był dosyć leciwy. Do tej pory nie wiem, czy to było molestowanie, czy nie? Tylko mi się takie przygody zdarzają, ale dzięki temu poszerzam horyzonty. Suma summarum pracę magisterską obroniłam bardzo dobrze, bo zdolna jestem!

Pisałam już kiedyś na tej stronie, że Panowie mają swoją unikatową zabawę pt. „Kto ma większego huja”. Zawsze jestem niezmiernie rozczulona, jak widzę, że zaczynacie się w nią bawić. Jestem największą fanką niczym WAGs. Tylko mam radę do wszystkich kobiet, które aktualnie mają gdzieś koło siebie pasożyta, który żeruje bezczelnie, a ugryź go w jego przyjaciela. No, chyba że lubi gryzienie to wymyśl inną karę. Bo tak jak Was Panowie kocham, to pasożytnictwo będę tępić.