Skip to content

Jakie mamy czasy, takich mamy ludzi

Otagowano jako: Obserwacje, i Relacje

Zawsze, gdy mówię, że prowadzę bloga, to ludzie zakładają, że muszę być dobrą obserwatorką świata. Czy tak jest? Nie wiem. Na pewno posiadam swoiste spojrzenie na świat. Lubię dostrzegać szczególiki, których nikt inny nie widzi.

Mam ochotę powiedzieć jak ciotka Antonina, że kiedyś to było lepiej. No było. Ludzie borykali się z podobnymi problemami, co współcześnie. Byli nieśmiali. Bali się. Było im trudno. Jednak próbowali, bo nie mieli namiastek w postaci netflix, tindera, spotify, showmax, konsoli, alkoholu, chemii. Nie było bezmyślnych pochłaniaczy czasu. Ba, czasem nawet były przerwy w dostawie energii elektrycznej. Świeczki oświetlały domy. Ludzie zaczynali rozmawiać ze sobą nawzajem, potem był seks, a potem my. Pokolenie trzydziestolatków pozamykanych w swoich twierdzach, które pachną meblami Ikea i hipoteką.

Dzielnie w dłoni dzierżymy swój największy oręż, czyli smarfona uzbrojonego w aplikacje. Chowamy się za ekranami, by nie pokazać swojej samotności. Zażeramy emocje, zapijamy uczucia, zmieniamy świadomość, marzymy. Tworzymy malowane profile na insta, facebook, snapie. Gdzie kreujemy swoje idealne życie. Przecież plastik is fantastik, a wydęte wargi są seksy. Niestety po drugiej stronie ekranu wygląda to różnie. Właśnie ja najbardziej lubię tę drugą stronę, gdzie nie ma miejsca na udawanie, gdzie nie ma kreacji. Makijaż zmyty, wyszczuplająca bielizna w koszu na pranie, różowy dres i szara rzeczywistość. Tego nie pokazuje się w internetach. To się nie sprzeda.

Jacy jesteśmy? Żyjemy w świecie realnym i wirtualnym, pomiędzy którymi nie ma synchronizacji. Prowadzimy życie, w którym są potknięcia i upadki? Czy może pasmo samych sukcesów, którymi tak chętnie chwalimy się w social mediach?

Czytałam ostatnio książkę („#to o nas” Piotr C.), mojego ulubionego blogera. Jeden z głównych bohaterów chciał zagadać do fajnej laski, pragnął czuć przy sobie kobietę, a tymczasem siedział za konsolą z fantazjami w głowie. World of Tanks jako namiastka prawdziwego życia? Kiedyś mężczyźni chodzili na polowanie, przynosili zdobycz do jaskini. Przedłużali gatunek, dostarczając pożywienie. Sto lat temu walczyli o niepodległą Polskę. Teraz co najwyżej mogą odpalić grę lub iść zapolować do lasu na grzyby. Kiedyś przeczytałam u Ewy Woydyłło, jakie mamy czasy, takich mamy mężczyzn. Chociaż nie generalizujmy, więc jakie mamy czasy takich mamy ludzi, pogubionych w świecie.

On marzy o niej. Ona marzy o ślubie, ale tymczasem leży na kanapie, ogląda netflix, popija wino z butelki i wpierdala chipsy. W domu syf, w lodówce światło a pranie z kosza domaga się umieszczenia w pralce. Wegetuje i marzy, aby zjawił się książę na białym rumaku. Niestety, żadnego przystojniaczka nie można zamówić przez internet.  Kurier nie dostarczy męża wprost pod drzwi. Dlatego z nudów przegląda Tindera, udaje kogoś innego, stwarza iluzję. Skończy się to rozczarowaniem. Przed logowaniem na portal randkowy powinien być baner „Uwaga! Grozi depresją lub chorobą weneryczną”.

Bardzo prawdopodobne, że ta dwójka mieszka w jednym bloku, takim nowoczesnym z ochroną, za specjalnym płotem i parkingiem podziemnym. Może czasem zerkają na siebie zaciekawieni, gdy mijają się na korytarzu. Czasami stoją w jednej kolejce w sklepie. Nie rozmawiają ze sobą, nie uśmiechają się do siebie. Nie potrafią. Może to strach, przed opuszczeniem bezpiecznej strefy komfortu.

Czy tych dwoje ma szanse się poznać? Wszystko zależy od nich. Teraz scenka z życia wzięta, bo dawno takiej nie było. Od pół roku widuje codziennie tego samego mężczyznę, on spogląda na mnie, ja na niego. Mogę zerkać tak kilka lat, ale boję się o swój wzrok, nie chce mieć zeza. Zagadałam, banalnie, sztampowo o pogodzie. Było miło. Nie usłyszałam dzwonów weselnych ani marsza Mendelsona. Jestem realistką, która udowadnia, że można.

Internet dał nam wiele możliwości, równocześnie zubożając nas o wartościowe kontakty interpersonalne. Smutne jest to, że nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Musimy płacić, by się nauczyć. Wydajemy więc kasę na treningi interpersonalne, couchów, książki motywacyjne i inne magiczne sztuczki. To jest ok, ale ja proponuje rozpocząć intensywny trening. Najlepiej w tej chwili. Przecież nie ma nic do stracenia, można tylko zyskać. Kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije, więc proponuje wyciągnąć kieliszki. Powodzenia.