Skip to content

Druga połówka

Otagowano jako: Relacje

Co z „Księciuniem”? Zszedł na dalszy plan. Czy nadal poszukiwany? Masz to w dupie, bo czujesz, że żyjesz i jesteś szczęśliwa. Ach te endorfiny, prawie jak seks, prawie jednak czyni dużą różnicę. A więc pewnego pięknego dnia, może właśnie kurier „Amazon”, albo Amor stawia go na Twojej drodze. I co? Jakiś taki nijaki? A miał być Twoją drugą połówką.

Druga połówka człowieka to największa bzdura, jaką można wymyślić. Nawet mnie, osobie bardzo dociekliwej, nie chce się szukać kto był autorem tej słynnej drugiej połówki. Chyba ktoś bardzo okrutny, że wszystkich rozkroił i porozrzucał po świecie. Może gdzieś po cichu z satysfakcją obserwuje, jak ludzie się szukają, mylą i potykają. A co? Ja sama jestem niekompletna? Fakt, ludzie w związku muszą się zgrać, ale dopasowanie to proces długotrwały. Zwykle to jest tak, spotykamy kogoś, przeszywają nas dreszcze, wychodzi tęcza, piorun trafia w drzewo oraz siedmiu aniołów dmie w siedem trąb (to te trąby archanielskie). I teraz są cztery opcje.

Pierwsza

Ludzie tworzą związek na szybko, bo ogień, bo chemia, bo miłość. W okolicy trzeciego miesiąca rzygają różową tęczą. Kolejno budzą się jakby z letargu, zaczynają się zastanawiać co w ogóle robią w tym mieszkaniu. Kim jest osoba obok. Zaczynają się od siebie oddalać lub na siłę udawać kogoś, kim nie są, aż się duszą. Potem się rozchodzą z kulturą lub z fajerwerkami.

Druga

Oboje są po nieudanych związkach, jak to się ładnie mówi po przejściach (zawsze w tym momencie się zastanawiam, kto po kim przeszedł on po niej, czy ona po nim). Jest chemia, jest zainteresowanie, ciągnie ich do siebie. Ona się stroi, on się pręży. Jednak tak bardzo się boją dostać kolejny raz kopa. Tak bardzo się boją, że znów będzie dupa, że uciekają od siebie. Bo swój własny mały świat mają już poukładany i bezpieczny.

Trzecia

W opcji trzeciej boją się, ale próbują. Bo to jest silniejsze od nich, bo nie mogą spać, póki nie poznają tej drugiej strony. A ludzie są jak cebula. Poznając się nawzajem obieramy się z wielu warstw, nieraz to bardzo bolesne, czasem brakuje sił, ale próbujemy dalej, bo warto. Jak przebiją się przez pierwsze warstwy to może nawet skończyć się wszystko dużym powodzeniem. Okazuje się, że ten niby, na pierwszy rzut oka, mizerny Księciunio jest wspaniałym człowiekiem. I tu dopiero zaczyna budować się dopasowanie. Uważam, że nie ma tak, że jeden człowiek pasuje idealnie do drugiego tak od razu. Myślę sobie, że to ciężka praca dopasować się do siebie. Każde musi się trochę ugiąć, każde musi się trochę postarać. On pokaże swoje poglądy, ona swoje. Macie wspólne, super! Ona wpuści go do swojego świata, on ją również. Nie będą dla siebie całym światem, tylko częścią. Sprawdźcie, czy do siebie pasujecie w każdej sferze życia. W domu, w testowaniu pozycji z Kamasutry, na zakupach, na wakacjach itp. Ciężka praca, nie dla egocentryków. W dobie dzisiejszych fastfoodowych relacji tym bardziej trudna. Bo po co się starać jak można odpalić Tindera i nieustannie mieć motyle w brzuchu w opcji numer jeden, tylko w innych ludzkich konfiguracjach. Jednak ile można?

Czwarta

W czwartej opcji poobierają się trochę z warstw i nagle ktoś stwierdza, że to nie to. Też tak bywa, zdobywali nowe doświadczenia, są o to bogatsi. Może kolejny raz to będzie opcja numer trzy.

Dawno temu, gdy byłam młoda i gniewna, przyjaciółka mojej mamy powiedziała mi, że związek to umowa pomiędzy dwojgiem ludzi. W jej ocenie nawet dobrze byłoby ją sporządzić na papierze, zawszeć przy notariuszu, omówić z prawnikiem itp. Pomyślałam wtedy, że jest wyrachowana do szpiku kości. Zawzięcie, z naiwnością nastolatki walczyłam, aby obronić swoje ideały. Było to w okolicach liceum, pewnie w epoce romantyzmu, pewnie opowiadałam o werteryźmie, którym byłam zafascynowana. Miałam tysiące argumentów. Dobrze, że nie skończyłam jak inni wyznawcy werteryzmu. Teraz mam piętnaście lat więcej, coraz bardziej się skłaniam ku temu, że kobieta miała rację. Bo każdy związek to pewnego rodzaju umowa. Na początku umawiamy się na randki, na wspólne spędzanie czasu. Kolejno ustalamy dalsze elementy wspólnego funkcjonowania. Dom, konto, zakupy wszystko opisane, co kto, kiedy i za czyj hajs kupione. Prosto i na temat. Bez opluwania się w sądzie, po związku rozwiązujemy umowę.

W zimnej kalkulacji wydaje mi się to pomysłem wręcz prostym i genialnym. Tylko człowiek to nie robot. Chcemy motyli w brzuchu,  chwil zapierających dech w piersiach, dreszczyku podniecenia, utraty zmysłów. Dlatego po głowie chodzi mi jedno zdanie: „nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa” (fragment tekstu, autor Max Ehrmann). Jak jest u Ciebie? Bo u mnie walczą wilki dwa, bo czasem niestety nie wszystko jest czarno – białe, a to, co wydaje, się proste jest szalenie skomplikowane.