Bo kawa była niedobra

Czasem mam takie poranki, że kawa rano nie smakuje. Waga uparcie pokazuje pięć kilo więcej, nawet jak próbuje wykombinować jak stanąć na niej tylko jedną nogą. Wszystkie sukienki do pracy są za ciasne, za krótkie, za długie, czarna jest za czarna, a szara zbyt ponura i wszystkie źle leżą na pupie. Może dla odmiany pójdę do pracy w różowym dresie, tylko problem w tym, że nie mam różowego dresu. A dziś by się przydał. Ubieram za ciasne dżinsy i sweter potocznie zwany boczochronem tj. wielki sweter ukrywający prawdziwe i wyimaginowane wałeczki tłuszczu. Fryzurę mam godną sfilcowanego pudla. A na koniec rozsypię sypki puder po całej łazience, bo po co mi białe kafelki jak mogę mieć w odcieniu bliżej nieokreślonego brązu kryjącego się pod intrygującą nazwą Silky Beige (jedwabisty beż – kto chce mieć beżową cerę?? No chyba ja, skoro go mam).

Dzień, który zaczyna się od tego, że poranna kawa nie smakuje, jest jakiś taki na lewą stronę wywrócony. Im bardziej próbuję, przejść przez niego niezauważona, tym bardziej się nie udaje. Zaczyna się przeważnie w pociągu, konduktor warczy na mnie, że bilet mu podaje do góry nogami (niech się Pan cieszy, że w ogóle sponsoruje polskie PKP). W pracy zawsze się okazuje, że coś miałam zrobić na 10 minut temu, albo tydzień temu. A ja pierwszy raz o tym słyszę. A moje ulubione to, abym przewidziała, ilu petentów przyjmę w sierpniu 2019 r. Więc chwileczkę wyjmę tylko czarodziejską kulę, potrę, podmucham i liczba petentów wyskoczy. To jest dzień, gdy wszyscy patrzą na mnie zdziwionymi oczami godnymi jelonka Bambie, że nie tryskam humorem, nie rzucam żartami z przysłowiowego rękawa, że minę mam kwaśną. No mam kwaśną, bo kawa niedobra.

Dzień trwa, trwam i ja. Dosłownie trwam, bo marzę, tylko żeby się zintegrować z łóżkiem, przykryć kołdrą i poudawać, że mnie nie ma. W dni takie jak ten, perspektywa ciepłego łóżeczka, zaciągniętych rolet w sypialni jest tak niezwykle kusząca. Jednak nie, muszę jeszcze trochę współistnieć z innymi ludźmi, dziś tak wyjątkowo denerwującymi. Powtarzam sobie „lubię ludzi”, „lubię ludzi” (ciekawe czy naukowcy w laboratoriach powtarzają „lubię białe myszki?”) i bądź miła, miła. Tylko że dziś tak mi nie wychodzi. Chyba całą swoją empatię rozsypałam wraz z pudrem w łazience. Przyjdę do domu, to pozbieram ją z płytek.

Dziś proszę Państwa, nie ma, wrażliwego i ciepłego rudzielca. Dziś w roli głównej obsadzono zimną sukę, która prycha na wszystkich lekceważąco. Dziś palmę pierwszeństwa ma moje złe alter ego, które potrafi zimno kalkulować zyski i straty oraz w wyrachowany sposób powiedzieć to, co uważa, za stosowne (choć czasem niekoniecznie jest stosowne). Tak sobie myślę, że chyba to trochę tak, jak w starej indiańskiej przypowieści o dwóch wilkach. W każdym człowieku walczą dwa wilki, jeden dobry, drugi zły. Który wygrywa? Ten, którego nakarmię. Bardzo trudno karmić cały czas dobrego wilka, nie można być cały czas dobrym. Nie wierzę ludziom, którzy są idealni, cały czas nastawieni, tylko aby „czynić dobro”. Bo w każdym z nas są dwa wilki, ludzie jednowymiarowi są tylko w bajkach i powieściach fantastycznych. W każdym jest zły i dobry, to do człowieka należy wybór, jakim chce być. Ja dziś karmię złego wilka, ale mam nadzieję, że jutro dzień będzie lepszy.

Kiedyś kolega powiedział mi, że mam „dwoistość natury”. Raz jestem bardzo wrażliwa, a raz jestem zimną suką. Nigdy nie wiadomo, która przyjdzie. Zgadzam się, mam w sobie wiele sprzeczności. Tak, tak niektórych to fascynuje, tych, którzy lubią oryginalne i niepowtarzalne historie z dreszczykiem emocji. A co ja na to? Myślę sobie i to wcale nie ze skromnością, że nie jestem zielonym dolarem, aby się wszystkim podobać. Pozdrawiam tych po drugiej stronie barykady.